Że „cały świat to Żupa”, zrozumiałam już jakiś czas temu, lecz świadomość nie jest równoznaczna z byciem przygotowaną na spotkanie w skrajnie „żupskim” wymiarze. Mieliśmy cały przedział dla nas pięciorga (my, Słowenki i Milan) i podróż upływała błogo, spokojnie… Obecność Milana na korytarzu (cierpiący na wieczne ADHD poznawcze nie mógł siedzieć tak długo) okazała się być pretekstem dla mężczyzny, który od początku podróży regularnie krążył po wagonie, zaglądając do nas. Mimo trudności w porozumieniu, zdołał zapytać, kim jesteśmy i uzyskać pozwolenie na poznanie nas.
Pierwsze spojrzenie, i wiadomo, jaki to typ: śliskie spojrzenie, charakterystyczny (dla wtajemniczonych: niczym krewny Pana Stopy) wygląd, i „uśmiech”… Jako że siedziałam najbliżej drzwi, Katia spała a Petra i Gosia zajęte były rozmową, wypadło na mnie; a może to też wina nieumiejętności bardziej agresywnego zaznaczania granic. „Co zrobisz, by wysłać mnie do Polski?” „nie mam takiej mocy”. Siedzący przede mną muzułmanin, z matki Bośniaczki i ojca Albańczyka, ponawiał to pytanie kilkakrotnie, mimo, że powiedziałam jasno: koniec tematu, dość. Chwalił się, że będąc kilka lat we Włoszech, „poznał dużo Polek”, uśmiechając się jednoznacznie. Teraz ma problemy z uzyskaniem wizy… biedaczek, a ma tam tylu krewnych, przyjaciół, i te wszystkie Polki… przed końcem rozmowy zaproponował mi 5000 euro za małżeństwo dla wizy: „wiesz, nie taki w cerkwi, tylko cywilny…”. Poznaj siłę Szengen;)


